Pół roku poza domem, by dbać o bezpieczeństwo i gasić pożary. Jak wygląda praca pilota samolotu gaśniczego?

Anna Moyseowicz
Anna Moyseowicz
Za lasem zaczyna się rezerwat Ujście Warty.
Za lasem zaczyna się rezerwat Ujście Warty. fot. Marek Jasiński
Wiele miesięcy poza domem, z krótkimi przerwami na powrót do rodziny. Ryzyko życia i wielka odpowiedzialność. Praca pilota samolotu gaśniczego to niezauważane i często niedoceniane zajęcie, choć można porównać je do pracy strażaków walczących z ogniem na ziemi.

Pięciu pilotów pilnuje lasów RDLP Szczecin

Z poziomu ziemi lasy przed ogniem chronią całe zastępy ludzi. Są też osoby dyżurujące na wieżach, które obserwują to, co się dzieje, z góry. Nikt nie ma jednak takiego widoku jak piloci samolotów gaśniczych.

Lasów nad terenem Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Szczecinie pilnuje pięciu pilotów. Teren ten w dużej mierze obejmuje województwo lubuskie. Dwie bazy lotnicze znajdują się w Lipkach Wielkich w pobliżu Gorzowa, kolejne dwa dromadery stacjonują na lotnisku w Goleniowie, a jeden w bazie w Rzepinie, skąd lata pilot Marek Jasiński. - Każdy z nas ma swój rejon, choć zdarzy się, że w przypadku dużego pożaru zlatujemy się i współpracujemy - opowiada mężczyzna.

Jak marynarze, czyli pół roku poza domem

Piloci rozpoczynają dyżury pod koniec marca lub na początku kwietnia i trwają one około sześciu miesięcy. Przez pozostałe pół roku Jasiński zajmuje się prowadzeniem swojej firmy lotniczej.

Praca rozpoczyna się od godziny 10 i kończy godzinę przed zachodem słońca.

Wszystko zależy od pogody. Bywa tak, że nie wsiada się w ogóle do samolotu, a czasami trzeba zostawić na talerzu jeszcze ciepły posiłek i lecieć

- opowiada Jasiński. - Znam przypadek, że jeden pilot poleciał w piżamie. Rozpaliło się stare pożarzysko i trzeba było tam pomóc - wspomina.

Czytaj też: Palił się sosnowy las na terenie Nadleśnictwa Rzepin. Katastrofie zapobiegł pilot samolotu gaśniczego

Obszar, nad którym dyżuruje pilot to lasy od Rzepina, poprzez Skwierzynę, Kostrzyn nad Odrą, Dębno Lubuskie i Mieszkowice w województwie zachodniopomorskim. - Nad tym regionem mam loty patrolowe. A że Dromader przemieszcza się 3 km/ minutę, czyli około 180 na godzinę, to dolecenie z jednego krańca mojego obszaru na drugi to kwestia kilkunastu minut - opowiada.

Piloci pochodzą z różnych stron Polski. Przeważnie mieszkają przy bazach lotniczych. - Pomieszczenia socjalne są dobrze wyposażone, mamy tam warunki domowe - mówi Jasiński. I dodaje, że pilot co jakiś czas wraca do domu, a na jego miejsce na kilka dni przyjeżdża zastępca.

Jesteśmy trochę jak marynarze na statkach, tylko z okrętu nie można się nigdzie wybrać, z bazy na szczęście tak.

Ta praca polega na czekaniu

Jak twierdzi pilot, jego praca polega głównie na czekaniu na wezwanie i lot.

Ochrona przeciwpożarowa to jedna część mojej pracy, drugą jest rozpylanie chemii, czyli tak zwane loty agro. Jeżeli istnieje duże zagrożenie szkodnikami, mechanicy przezbrajają samolot na wersję agro i wykonuję lot chemiczny. Ale to nie zdarza się często. W większości moja praca polega na dyżurowaniu.

Czytaj też: Niebezpieczny pożar butli z gazem w jednym z budynków w Strzelcach Krajeńskich. Dwie osoby zostały poparzone

Pilot tłumaczy, że istnieją dwa rodzaje dyżurów. Pierwszy z nich to ten na ziemi przy telefonie i radioodbiorniku. Drugi to ten nad ziemią, w samolocie.

W przypadku najwyższego, trzeciego stopnia zagrożenia pożarowego, od momentu wezwania musimy być w powietrzu w ciągu 10 minut. Zwykle od razu wiadomo, gdzie należy lecieć, choć niekiedy zdarza się, że to w powietrzu dostaje się dokładne współrzędne geograficzne. Wtedy trzeba je wprowadzić w GPS

- opowiada.

I dodaje, że przy wprowadzaniu trzeba być bardzo ostrożnym, bo jeden stopień to 111 km. - Warto sprawdzić 2-3 razy czy dobrze się wprowadziło współrzędne, tym bardziej że przy korespondencji radiowej bywają zakłócenia. W samolocie mamy tak zwany nakolannik do pisania, poza tym wszystko drży, więc nie jest to ładne pismo - śmieje się.

Po każdym spuszczeniu wody, należy ją ponownie zatankować

Po dotarciu na miejsce pilot nawiązuje kontakt z gaszącymi na dole. Oni wówczas wskazują na konkretne miejsce zrzutu wody lub pozostawiają tę decyzję pilotowi. - Ocenia się to z powietrza. Jeżeli linia ognia jest przy drodze, wiadomo, że strażacy szybko tam dojadą. Wtedy my robimy zrzut w miejsce, do którego nie ma dojazdu.

Często się zdarza, że to właśnie pilot jest pierwszą osobą, która zauważa pożar. Wówczas to on podejmuje decyzję o zrzucie wody i powiadamia nadleśnictwo. - Dopiero oni decydują czy potrzebują pomocy straży pożarnej. W tym czasie samolot leci po następną wodę. Jednocześnie pilot cały czas jest w kontakcie ze służbami na dole.

Choć każdy z pilotów jest odpowiedzialny za swój obszar, w przypadku dużego pożaru współpracują ze sobą. - Zlatujemy się i operujemy z jednego lotniska - mówi pilot. I tłumaczy, że po wykonaniu zrzutu wody nad pożarem, należy lecieć na lądowisko, zatankować i wrócić. Operację powtarza się aż do skutku lub do momentu, w którym dowódca akcji stwierdzi, że opanują pożar pojazdami naziemnymi.

Muszę wrócić do bazy albo na lądowisko, gdzie mógłbym zatankować wodę. W Polsce nie ma takich samolotów, jak w okolicach Morza Śródziemnego. Nie mogę wylądować na wodzie i jej pobrać. Do Dromadera trzeba podłączyć wąż i zatankować

- opowiada mężczyzna.

Kiedyś pożary lasów były mniejsze i było ich mniej

Jeden z tragiczniejszych pożarów, który pamięta Jasiński, to pożar w Nadleśnictwie Grodziec z 1992 roku. - Wówczas latałem z Ostrowa Wielkopolskiego. Paliło się na granicy trzech dawnych województw - kaliskiego, poznańskiego i konińskiego. Był to potężny pożar- opowiada.

I dodaje, że wtedy wszystko wyglądało inaczej, także system łączności. Telefony komórkowe usprawniły przekaz informacji, ludzie czują się odpowiedzialni i gdy widzą ogień, dzwonią. Wtedy nie było takich możliwości.

Czytaj też: Newska Manufaktura w Petersburgu w ogniu. Zginął jeden strażak, dwóch jest ciężko rannych (VIDEO)

Jasiński zauważa, że pożary występowały częściej, były także większe, bo później na nie reagowano. Było dużo połączeń kolejowych - pożar występowały też tam, gdzie przez las prowadziły torowiska. Wystarczyły iskry idące od hamulców.
Według niego zmiana na lepsze to również kwestia systemu ochrony lasu i sieci dróg, po których dość mogą przemieszczać się samochody gaśnicze. - To też usprawnia akcje. System jest na tyle wydolny, że udaje się ogień dusić w zarodku - mówi.

W Polsce został zastosowany system, który uważam za najlepszy na świecie. Lasy mają bardzo dużo kamer, zainstalowanych w najwyższych punktach w danym nadleśnictwie, funkcjonują też wieże obserwacyjne. Do tego wszystkiego są samoloty

- opowiada.

I uzupełnia - Czasami przy gorszej widoczności, gdy czegoś nie widać na kamerze, jak przy zamgleniu, samolot jest bardzo przydatny. Szybko można przelecieć nad lasem i sprawdzić, czy się coś nie dymi.

Pilot podkreśla, że jest to bardzo niebezpieczna praca. - I w trakcie oprysków, i w trakcie pożarów, leci się nad wierzchołkami drzew. Należy być przy tym bardzo ostrożnym - zaznacza.

Wideo: Wielki pożar traw i lasu w Gorzowie

Początki latania

Marek Jasiński zaczął latać szybowcami w wieku 16 lat. - Od dzieciństwa marzyłem, żeby zostać lotnikiem, a przy tym chciałem robić coś pożytecznego. Początkowo latałem jako agrolotnik w Polsce i w Afryce. Potem w '85 roku powstało lotnictwo przeciwpożarowe. Od tego czasu gaszę pożary, a w międzyczasie wykonuję też loty agro.

Do Afryki pilot wyjeżdżał na czas od 3 do 6 miesięcy. W Afryce Jasiński zajmował się opryskami, głównie bawełny. Latał nad Egiptem, Sudanem, Etiopią i Algierią. - Polska była kiedyś liczącym się państwem w agrolotnictwie. Kraj produkował samoloty agro, jak An2. W Warszawie na Okęciu produkowano PZL 101 Gawron, później PZL 106 Kruk. W Mielcu An 2 oraz M18 Dromader. Moja firma podpisywała kontrakty i wygrywała przetargi.

Tam także piloci mieszkali w bazach. - Mieliśmy bardzo dużo pracy, na dodatek doskwierał nam upał. Jednak po kilku tygodniach człowiek zaczął się przyzwyczajać do temperatur. Gdy w nocy temperatura spadała do dwudziestu kilku stopni, co u nas jest granicą upału, tam dawało wrażenie przyjemnego ochłodzenia.
Opowiada, że Gdy wsiadało się do kabiny samolotu, czego człowiek nie dotknął, tym się poparzył. Ale w trakcie lotu temperatura spadała już na tyle, że można było wytrzymać. Klimatyzacji w samolocie nie było, bo tego rodzaju samoloty nie mają klimatyzacji.

Wideo

Materiał oryginalny: Pół roku poza domem, by dbać o bezpieczeństwo i gasić pożary. Jak wygląda praca pilota samolotu gaśniczego? - Gazeta Lubuska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie