18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Zielonogórzanin zabił swojego 2-letniego synka i cztery inne osoby. Ze szczegółami opowiedział jak dokonał najstraszliwszej zbrodni

Redakcja

Wideo

Do najkrwawszej zbrodni w naszym regionie doszło na przełomie lat 60. i 70. Był sierpień 1972 roku. Wanda P. z Katowic zaniepokoiła się, że jej siostra, która razem z 15-letnią córką Elżbietą i 2-letnim synem Ryszardem mieszkała w Żarach, nie daje znaku życia. Czesław M. przeprowadził się tam z Zielonej Góry na początku lat 60. Kilka lat później doszło do okropieństw, które znane są tylko z thrillerów i horrorów. Ludzki umysł nie jest w stanie tego ogarnąć. Blisko 50 lat temu zapadł wyrok w jednej z najokrutniejszych zbrodni w historii. Zacznijmy jednak od początku. Dochodził kwiecień 1969 roku...

Był sierpień 1972 roku. Wanda P. z Katowic zaniepokoiła się, że jej siostra Zofia B., która razem z 15-letnią córką Elżbietą i 2-letnim synem Ryszardem mieszkała w Żarach, nie daje znaku życia. Wprawdzie siostry nie odwiedzały się często, ale pisały do siebie, wysyłały kartki świąteczne. Tymczasem od niemal trzech lat kontakt ustał.

Siostra skarżyła się jej na swojego konkubenta, pisała i opowiadała, że jest agresywny, szczególnie, kiedy sobie wypije, a zdarzało się to często.

On spał, a kiedy się obudził, ich już nie było

18 sierpnia 1972 roku Wanda P. przyjechała do Żar. W mieszkaniu przy ulicy Konopnickiej nikogo nie zastała. Ale w ADM-ie dowiedziała się, że jej siostra z dziećmi ciągle jest zameldowana pod tym samym adresem. W końcu udało się jej zastać w domu 42-letniego Czesława M., konkubenta siostry. Ten oświadczył, że Zofia B. którejś nocy, jeszcze w 1969 roku, po kłótni, zabrała swoje rzeczy i wraz z dziećmi udała się w nieznanym kierunku. On spał, a kiedy się obudził, ich już nie było. Wanda P. nie miała dobrego zdania o Czesławie M. Siostra skarżyła się jej na swojego konkubenta, pisała i opowiadała, że jest agresywny, szczególnie, kiedy sobie wypije, a zdarzało się to często. Dlatego Wanda P. nie uwierzyła w nagły nocny wyjazd. 24 sierpnia zgłosiła się do Prokuratury Wojewódzkiej w Zielonej Górze, bo podejrzewała, że Czesław M. zabił jej siostrę i dzieci.

Na skróty. Tak doszło do okrutnych zbrodni, których dopuścił się zielonogórzanin:

Milicja zaczęła sprawdzać. Okazało się, że w tajemniczych okolicznościach „wyjechała” nie tylko Zofia B. z dwojgiem dzieci, ale też kolejna konkubina Czesława M. – 35-letnia Stanisława D. z synem Markiem... Czesław M. został zatrzymany i 28 sierpnia przesłuchany po raz pierwszy. Powiedział to, co od trzech lat mówił znajomym i sąsiadom. W kwietniu 1969 roku, po kłótni, Zofia B. zabrała swoje rzeczy i razem z dziećmi wyjechała w nocy. Zeznał także, że od dawna podejrzewał ją o romans z jakimś mężczyzną z Zielonej Góry, stąd ich udany wcześniej związek zaczął się psuć. Pogodził się ze stratą. Później poznał Stanisławę D., która wraz z synem zamieszkała u niego. Z nią sytuacja była podobna. Po dobrym początkowym okresie pożycia zaczęły się kłótnie, kobieta nie była mu wierna i też nagle wyjechała.

krwawy czesio, okrutna zbrodnia żary, morderstwo żary, czesław musiński, sąd, wyrok śmierci lubuskie, kara śmierci, morderstwo konopnicka żary
Panorama posesji nr 11 przy ul. Konopnickiej, widok os trony południowo-wschodniej. Mariusz Kapała

Ponieważ całych zwłok B. nie mogłem przenieść, więc wziąłem taką małą siekierkę, którą miałem w kuchni – zeznawał Czesław M. – Poodcinałem B. nogi, ręce i głowę (...)

Protokół z przesłuchania jest wstrząsający

Prokurator nie uwierzył w taki zbieg okoliczności, aresztował Czesława M. na trzy miesiące i zlecił oględziny jego mieszkania. Kiedy do podejrzanego dotarło, że znaleziono tam mnóstwo śladów ludzkiej krwi, 31 sierpnia sam poprosił o rozmowę z prokuratorem. Przyznał się do pięciokrotnego zabójstwa. Protokół z przesłuchania jest wstrząsający. Czesław M. beznamiętnie opisuje, jak doszło do zbrodni. Pierwszej dokonał późnym wieczorem 1 kwietnia 1969 roku. Pokłócił się z Zofią B. Ta nazwała go pijakiem i uderzyła szczotką. Wówczas on rzucił młotkiem. Trafił ją w głowę. Zofia B. padła na progu między kuchnią a pokojem. Kiedy usiłowała się podnieść, uderzył ją jeszcze parę razy. Następnie poszedł do pokoju i kilkoma ciosami pozbawił życia śpiącą Elę, panieńską córkę Zofii B., a później to samo zrobił z ich wspólnym synem Ryszardem.

Tak wygląda miejsce jednej z najgłośniejszych zbrodni, do której doszło w Żarach:

Po zmyciu podłogi przystąpiłem do czyszczenia tapczanu. Zmywałem go proszkiem i ciepłą wodą. Plamy zostały, ale nie tak wyraźne, że z daleka nie było nic widać. Trochę krwi przeciekło do pudła tapczanu, ale zmyłem ją ciepłą wodą.

"Nie pamiętam, czy Eli poodcinałem nogi i ręce czy także głowę"

Postanowił zatrzeć ślady zbrodni. „Ponieważ całych zwłok B. nie mogłem przenieść, więc wziąłem taką małą siekierkę, którą miałem w kuchni – zeznawał Czesław M. – Poodcinałem B. nogi, ręce i głowę. Do tej pracy przyniosłem taką grubą deskę, którą podkładałem pod ciało, aby lepiej było odcinać. Części tych zwłok poprzenosiłem z kuchni, a raczej z pokoju, i poukładałem w ubikacji. Ciało Eli porozcinałem na podłodze w pokoju i podkładałem pod nie tę samą deskę. Nie pamiętam, czy Eli poodcinałem nogi i ręce czy także głowę. Członki zwłok Eli także zaniosłem do ubikacji. Ubikację zamknąłem i przystąpiłem do sprzątania. Rozpaliłem ogień pod kuchnią, nagrzałem wody. Jednocześnie zacząłem palić pokrwawione szmaty, to jest koszulę i sukienkę B. i koszule dzieci, i chyba dwie poduszki, które były pokrwawione w całości. Mniej pokrwawioną pościel zaraz tego samego wieczoru prałem sam w pralce. Podłogi zmywałem wodą i po kilkukrotnym zmienieniu wody wymyły się do czysta. Po zmyciu podłogi przystąpiłem do czyszczenia tapczanu. Zmywałem go proszkiem i ciepłą wodą. Plamy zostały, ale nie tak wyraźne, że z daleka nie było nic widać. Trochę krwi przeciekło do pudła tapczanu, ale zmyłem ją ciepłą wodą. Tego dnia poszedłem spać o godzinie 23. Cały czas był włączony telewizor. Gdy przyszedłem na drugi dzień z pracy, to zacząłem kopać dół w komórce, gdzie miałem króliki. Między dwiema klatkami na króliki stoi drabina. Wtedy był tam beton, ale ja go skruszyłem młotkiem. Wykopałem tam dół głębokości około 80 cm i szerokości 60 cm. Części zwłok zaniosłem tam dopiero na trzeci dzień i zasypałem ziemią. Zaraz po zasypaniu tego samego dnia miejsce to zalałem cementem”.

krwawy czesio, okrutna zbrodnia żary, morderstwo żary, czesław musiński, sąd, wyrok śmierci lubuskie, kara śmierci, morderstwo konopnicka żary
Widok tapczanu w pokoju. Tabliczka z nr 1 oznacza początek rozległej plamy pokrycia tapczanu i wałka. Mariusz Kapała

Upadła, ale chciała się podnieść. Wtedy ja jeszcze raz uderzyłem ją w głowę. Nie ruszała się, wiedziałem, że nie żyje.

W lipcu 1969 roku Czesław M. poznał Stanisławę D. Prokuratorowi opowiadał, jak wyglądały relacje między nimi, aż do feralnego dnia, czyli 1 września 1971 roku. Wtedy doszło do kłótni. „D. chwyciła nóż – zeznawał. – Ja wówczas robiłem drewniane doniczki. Rzuciłem ją młotkiem i trafiłem w głowę. Upadła, ale chciała się podnieść. Wtedy ja jeszcze raz uderzyłem ją w głowę. Nie ruszała się, wiedziałem, że nie żyje. Przeciągnąłem jej ciało z kuchni do pokoju. Potem pozbawiłem życia Marka H. przez uderzenie młotkiem dwa razy. Zabiłem go dlatego, że po pozbawieniu życia jego matki nie miałem wyjścia. Z jednej strony było mi go żal, bo został sam bez matki, a z drugiej, jak bym mu wytłumaczył jej nieobecność? Zwłoki Stanisławy D. przykryłem kocem, a Marek nadal leżał w łóżku przykryty kapą. Zastanawiałem się, gdzie ukryć zwłoki i przyszło mi na myśl, żeby zakopać je w piwnicy”.

To była najkrwawsza zbrodnia w historii Ziemi Lubuskiej. Tak wspomina ją nasz redakcyjny kolega, Andrzej Flügel:

Lektura kolejnych stron protokołu z przesłuchania jest równie wstrząsająca. „Jeszcze tego samego wieczoru udałem się do piwnicy i zaraz po prawej stronie w narożniku zdjąłem kawał cegły i zacząłem kopać dół. Tego wieczoru wykopałem na głębokość 1,5 szpadla. Była późna godzina, a podłoże twarde, z gliny, nie chciałem, żeby ktoś w bloku usłyszał, więc odstąpiłem od tej pracy.

(...) nogi i ręce, oprócz odcinania od tułowia, przecinałem na pół, bo nie weszłyby mi do dołu (...)

Nie pamiętam, w jakiej kolejności je nosiłem

Następnie wróciłem do domu i poszedłem spać. Następnego dnia wstałem o 7, do pracy nie szedłem, bo byłem na zwolnieniu lekarskim. Po nakarmieniu królików poszedłem do piwnicy kopać ten dół, który wykopałem na głębokość 70-80 cm. Wróciłem do mieszkania z zamiarem rozczłonkowania zwłok D., bo w całości nie weszłyby mi do dołu, nawet bym nie udźwignął... W tym celu przyniosłem kawał deski, który miałem w domu. Następnie podkładałem deskę pod ciało i siekierką poodcinałem ręce i nogi, ale nie pamiętam, w jakiej kolejności. Wydaje mi się, że ze zwłok Marka nie odcinałem żadnych części, a zaniosłem je do przygotowanego uprzednio dołu w całości. Nie pamiętam, w jakiej kolejności je nosiłem, czy najpierw rozczłonkowane części Stanisławy D., czy Marka. Zwłoki te zawijałem w stary płaszcz i w tym płaszczu zanosiłem je do piwnicy, do dołu. Zwłoki Marka były chyba w pidżamie, części zwłok Stanisławy D. zawijałem w jakieś szmaty. Dodam jeszcze, że nogi i ręce, oprócz odcinania od tułowia, przecinałem na pół, bo nie weszłyby mi do dołu, ponieważ w dole była rura kanalizacyjna i dalej kopać się nie dało.

(...) zabójstwa te bardzo przeżywałem i było mi żal tych osób. Przeżywałem też to, że ciała tych osób nie są pochowane na cmentarzu (...)

Sprzątanie mieszkania zakończyłem między g. 21 i 22

Dlatego trzy czy cztery kawałki rąk i nóg, ale nie wiem, czy górne, czy dolne części, zostawiłem w mieszkaniu i zasypałem dół. Te pozostałe kończyny w ciągu tego samego dnia zakopałem w ogródku koło klatki z królikami, pomiędzy klatką a murem. Po usunięciu zwłok przystąpiłem do sprzątania mieszkania. Najpierw usunąłem zakrwawioną pościel, tę bardziej zakrwawioną spaliłem, mniej brudne wyprałem. Następnie wymyłem podłogę z krwi. Miałem wówczas chorą nogę, w związku z czym przebywałem na zwolnieniu, co utrudniało mi tę robotę. Sprzątanie mieszkania zakończyłem między g. 21 i 22. Potem położyłem się spać. Dodaję, że zabójstwa te bardzo przeżywałem i było mi żal tych osób. Przeżywałem też to, że ciała tych osób nie są pochowane na cmentarzu. Przez pewien czas w komórce, w której złożyłem zwłoki Zofii B., Elżbiety P. i Ryszarda M., zapalałem świeczkę. Robiłem to dość często, ale tak, żeby nikt tego nie widział. Zapalałem je w szczególności w dzień zmarłych. Ponieważ na ziemi leżała słoma, świeczkę stawiałem na drabinie. Pewnego dnia zauważyłem, że świeca spadła i zapaliła się słoma, ale na szczęście zgasła. Od tego czasu w komórce już świec nie zapalałem”.

Ekipa z wydziału kryminalnego Komendy Wojewódzkiej MO w Zielonej Górze, pracująca pod nadzorem prokuratorów, znalazła szczątki pięciu osób w miejscach wskazanych przez Czesława M. Śledztwo skupiło się na zeznaniach świadków, poszukiwaniu motywów. Z zeznań wyłania się ponury obraz podejrzanego.

Kim jest pochodzący z Zielonej Góry, Czesław M.?

Urodzony w 1930 roku, mieszkaniec Zielonej Góry Czesław M., skończył cztery klasy szkoły podstawowej. W 1950 roku ożenił się. Miał dwoje dzieci. Po 10 latach zostawił żonę i zamieszkał u matki w Przytoku. W czasie Świąt Wielkanocnych w 1962 roku przez Wandę P. poznał jej siostrę Zofię B., rocznik 1929. Kiedy Czesław M. został delegowany z pracy do Żar, odwiedził Zofię B. Został jej konkubentem i w 1963 roku zameldował się w Żarach. Wraz z jej córką Elżbietą zamieszkali we troje przy ulicy Żagańskiej. Czesław M. pracował w kilku firmach: był kierowcą, woźnym w Technikum Ceramicznym, wreszcie pracownikiem transportu w zakładach Mera Lumel w Żarach. W grudniu 1968 roku cała trójka przeprowadziła się na ulicę Konopnickiej.

Dziś tak wygląda budynek przy ulicy Marii Konopnickiej 11 w Żarach:

(...) Eskalacją nieporozumień był wieczór 1 kwietnia 1969 roku. Dwa i pół roku później w podobny sposób zginęła Stanisława D.

Przesłuchiwani znajomi i sąsiedzi Czesława M. wspominali, że nadużywa on alkoholu, ma porywczy charakter. Sam nie stronił od kobiet, ale był bardzo zazdrosny. Zofia B. i Stanisława D., zanim zostały zamordowane, zwierzały się koleżankom z pracy, że mają już dość życia z Czesławem M., ale nie mając szans na inne mieszkanie, pozostawały z nim w związku. Ela, wówczas 15-letnia uczennica ósmej klasy, bała się partnera matki i kiedy nie było jej w domu, wolała przebywać u koleżanek. Pojawił się też motyw prób molestowania. Jedna z przyjaciółek zeznała, że Czesław M. „dobierał się” do Eli. Oskarżony zaprzeczał.

Czesław M. dwukrotnie był skazany za kradzieże. Gdy odsiadywał karę, zmarł jego i Zofii B. roczny syn Andrzej. W 1967 roku Zofia B. urodziła ich drugiego syna Ryszarda. Do wcześniejszych nieporozumień doszły pretensje Czesława M. o zbyt słabą opiekę nad zmarłym Andrzejem i faworyzowanie – jego zdaniem – Eli. Eskalacją nieporozumień był wieczór 1 kwietnia 1969 roku. Dwa i pół roku później w podobny sposób zginęła Stanisława D.

Czesław M. nie potrafił jednak wytłumaczyć, dlaczego w takim razie zamordował też dzieci, w tym własnego syna.

Bronił się jak mógł. Żadnych okoliczności łagodzących

Przewód sądowy zasadniczo potwierdził zeznania oskarżonego. Opis obrażeń zwłok wykonany w Zakładzie Medycyny Sądowej w Poznaniu też zgadzał się z tym, co mówił sprawca. Czesław M. usiłował wybielić się, przedstawiając swoje partnerki w złym świetle. Sąd uznał jednak, że choć obie kobiety nie były bez wad, trudno obwiniać je o konflikty w domu. Odrzucił także tezę o zbrodni w afekcie. Przeczyła temu precyzja, z jaką oskarżony zacierał ślady. Rankiem dzień po zamordowaniu Zofii B. zaniósł
klucze od kuchni (Zofia B. była kucharką w szkole), wsadził je w drzwi razem z kartką: „Wyjechałam. Pogrzeb”. Później rozpowszechniał historię, że kiedy spał, Zofia B. wraz z dziećmi wyjechała. W obecności koleżanki, a matki chrzestnej Ryszarda, nawet uronił łzę, mówiąc, że nie może wybaczyć swojej partnerce, że opuściła go wraz z ich synem. Po zabójstwie Stanisławy D. opowiadał sąsiadom, że pojechała ona odwiedzić syna, który był w szpitalu w Warszawie, a w innej wersji, że wyjechała z jakimś taksówkarzem. Kolejną linią obrony była rzekoma agresja obu kobiet podczas feralnych zdarzeń. Czesław M. nie potrafił jednak wytłumaczyć, dlaczego w takim razie zamordował też dzieci, w tym własnego syna.

krwawy czesio, okrutna zbrodnia żary, morderstwo żary, czesław musiński, sąd, wyrok śmierci lubuskie, kara śmierci, morderstwo konopnicka żary
"Nie znam celu, dla którego mógłbym pozbawić życia pięciu osób" - pisał w liście do Sądu Najwyższego w Warszawie Czesław M. (dalsze części listu znajdziesz w naszej galerii). Mariusz Kapała

Biegli: Czesław M. nie jest chor psychicznie

Adwokat, który bronił go z urzędu, poszedł w kierunku niepoczytalności sprawcy. Czesław M. przebywał na długotrwałej obserwacji w Szpitalu Psychiatrii Sądowej w Grodzisku Mazowieckim. Biegli lekarze psychiatrzy orzekli, że „oskarżony nie jest chory psychicznie, niedorozwinięty umysłowo, ani też nie stwierdzili objawów psychotycznych o nich świadczących. Stwierdzili zaś u oskarżonego encefalopatię ze zmianami charakterologicznymi i skłonnością do nadużywania alkoholu, co jednak (...) nie powodowało wyłączenia ani ograniczenia poczytalności w stopniu uzasadniającym stosowanie artykułu 25 k.k.”. Artykuł ów, ale z paragrafem 1, oznaczał wyłączoną odpowiedzialność z uwagi na chorobę psychiczną, a paragraf 2 – częściowo zniesioną możliwość zrozumienia czynu i złagodzenie kary.

Przekonywał, że zawsze był człowiekiem łagodnym, szczególnie wobec dzieci, nigdy nie był mściwy, zawistny.

Sąd w Zielonej Górze wydał wyrok: kara śmierci

12 stycznia 1974 roku Sąd Wojewódzki w Zielonej Górze skazał Czesława M. na karę śmierci przez powieszenie, nie znajdując żadnych okoliczności łagodzących. Uzasadnienie wyroku liczy 16 stron, a kończy się tak: „Oskarżony dopuścił się pięciu zabójstw w okolicznościach szczególnie obciążających, wykazał duże napięcie złej woli przestępczej. Uwzględniając jego dotychczasowe życie, sąd doszedł do wniosku, że wszystko to nie pozwala na snucie jakichkolwiek pozytywnych prognoz na przyszłość. Oskarżony okazał się jednostką, ze strony której grozi społeczeństwu poważne niebezpieczeństwo i jedynie fizyczne wyeliminowanie go ze społeczeństwa będzie środkiem odpowiednim do tego, co oskarżony uczynił, i może uspokoić tych, w gronie których oskarżony żył i dla których najcenniejszego dobra – życia – przedstawiał tak znaczne niebezpieczeństwo. Dane dotyczące osoby oskarżonego, ilości, charakteru, okoliczności i sposobu popełnienia zbrodni, a także zachowanie po czynie do chwili ujawnienia przestępstwa przekonały sąd o celowości i konieczności wymierzenia najwyższej kary”.

Egzekucję rozpoczęto o godz. 18.15

Adwokat złożył rewizję do Sądu Najwyższego, podważając opinię biegłych i domagając się powołania kolejnego zespołu i ponownego zbadania skazanego. Czesław M. także wysłał rewizję. Napisał, że nie wie, dlaczego zabił pięć osób, w tym własnego syna. Pamięta tylko początki obu zdarzeń. Przekonywał, że zawsze był człowiekiem łagodnym, szczególnie wobec dzieci, nigdy nie był mściwy, zawistny. Wymienił też urazy, jakich doznał, poczynając od czasów okupacji, kiedy jako nastolatek kopał rowy przeciwczołgowe i został skatowany przez nadzorującego Niemca, przez wypadek w kopalni i dwie kraksy samochodowe, które przeżył jako kierowca.

Sąd Najwyższy utrzymał wyrok w mocy. Skazanemu pozostało tylko apelowanie o łaskę. Rada Państwa 7 września 1974 roku postanowiła nie skorzystać z niej.

Twierdził, że jego szczerość i otwartość podczas przesłuchań wykorzystali śledczy. Pisał: „Słowa naczelnika Komendy Wojewódzkiej MO w Zielonej Górze "umyj sobie szyję, żeby nie pobrudzić sznura" z pewnością utrudniły przesłuchanie. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie spotkam się z obiektywną oceną moich wyjaśnień, a szczegóły, jakie podawałem, będą interpretowane jako niezręczna obrona z mojej strony. Obiektywnej ocenie stoi na przeszkodzie nastawienie wynikające z odrazy, jaką niewątpliwie muszą budzić czyny, których jestem sprawcą, mimo że nie popełniłem ich świadomie.

Był 30 września 1974, dochodziła godzina 18.15

Kieruję to wszystko do Sądu Najwyższego i proszę o wszechstronne zbadanie sprawy, by odpowiedź, czy w chwili dokonywania przestępstwa mogłem kierować swoim postępowaniem, była zgodna z prawdą. Dlatego też zwracam się do Sądu Najwyższego z jedyną prośbą o zasięgnięcie opinii innego zespołu ludzi nauki, którzy nie kierując się dotychczasową opinią, wydaliby swoje orzeczenie, opierając się na własnych wynikach i wnioskach”.

Sąd Najwyższy nie podzielił zastrzeżeń Czesława M. ani argumentów obrońcy. Utrzymał wyrok w mocy. Skazanemu pozostało tylko apelowanie o łaskę. Rada Państwa 7 września 1974 roku postanowiła nie skorzystać z niej. Nastąpiło zarządzenie wykonania kary. Wyrok wykonano 30 września 1974 roku w więzieniu we Wrocławiu. „Egzekucję rozpoczęto o godz. 18.15 i zakończono o godz. 18.35” – odnotowano w piśmie zawiadamiającym sąd.

Zbigniew Fąfera: Milicjanci i pracujący przy sprawie prokuratorzy, z uwagi na ogrom zbrodni, nazwali oskarżonego „Krwawym Czesiem”.

Pralka przesiąkła trupim zapachem

Sprawę Czesława M. pamięta Stanisław Fąfera, prokurator w stanie spoczynku.
– Byłem wówczas naczelnikiem wydziału dochodzeniowo-śledczego w Prokuraturze Wojewódzkiej w Zielonej Górze – wspomina. – Milicjanci i pracujący przy sprawie prokuratorzy, z uwagi na ogrom zbrodni, nazwali oskarżonego „Krwawym Czesiem”. Byłem w ekipie, która dokonywała pierwszych oględzin jego mieszkania. Nasz przyjazd i czynności wzbudziły zainteresowanie mieszkańców domu, którzy już wiedzieli o aresztowaniu sąsiada. Jeden z nich powiedział: „Panowie, ten Czesiek jest jakiś dziwny. On tam w tej swojej komórce palił świeczki. Może stawiał je za dusze pomordowanych osób?”.

Potrafił też bezczelnie powiedzieć podczas przesłuchania, że gdyby milicja i prokuratura dobrze pracowały, to nie doszłoby do drugiego morderstwa.

To była pierwsza wskazówka, jeszcze zanim podejrzany o tym opowiedział, gdzie szukać części ciał. O tym, jak straszne są oględziny, kiedy wydobywa się ludzkie zwłoki, nie muszę mówić. Najgorzej było w piwnicy. Miała ona wspólny korytarz i boksy poszczególnych lokatorów, a w jednym z nich „Krwawy Czesio” zakopał część zwłok. Stała tam stara, pordzewiała pralka typu Frania, przykryta jakąś derką. Jedna z lokatorek napisała skargę, domagając się odszkodowania, bo „pralka przesiąkła trupim zapachem”. Co ciekawe, wypłacono jej praktycznie równowartość nowej. Sam podejrzany był raczej drobnej postury, o nieciekawej fizjonomii. Wiedział, co go czeka, i ciągle słał pisma, żeby sprzedać jego rzeczy, a pieniądze przesłać jemu. Potrafił też bezczelnie powiedzieć podczas przesłuchania, że gdyby milicja i prokuratura dobrze pracowały, to nie doszłoby do drugiego morderstwa. W sumie nieciekawa i dość odrażająca postać. To było w innych czasach. Dziś przed ten dom w Żarach zjechałyby się stacje telewizyjne, a „Krwawy Czesio” byłby w niemal każdym programie informacyjnym.

Są pytania, na które już nie odpowiemy. Straszliwa zbrodnia została dawno zapomniana i pokrył ją mrok historii.

Los zamknięty w szarych teczkach

Pięć tomów akt. Zdjęcia, zeznania, szkice. Świadectwa pracy skazanego, jego dokumenty lekarskie. Wyciąg z dziennika szkolnego, a przy nazwisku Eli P. adnotacja o nieobecności 2 kwietnia... Fragment materiału z pokrwawionej narzuty tapczanu, przechowywany w kopercie. Los pięciu, a – doliczając sprawcę – sześciu osób zamknięty w szarych teczkach. Zdjęcia kamienicy przy ulicy Konopnickiej, feralnego mieszkania i szczątków pomordowanych osób. Na ostatniej stronie zawiadomienie o wykonaniu kary śmierci.

Od tych okrutnych wydarzeń minęło blisko 50 lat. Straszliwa zbrodnia została dawno zapomniana i pokrył ją mrok historii. Jaki miałaby finał, gdyby wydarzyła się dziś? Pewnie zniknięcie Zofii B. i jej dzieci zaniepokoiłoby wszystkich znacznie szybciej. A zniknięcie Eli, uczennicy ósmej klasy, postawiłoby pytania, na które sprawca nie potrafiłby odpowiedzieć. Czy dziś biegli także uznaliby Czesława M. za człowieka poczytalnego, który nie jest chory psychicznie? Są pytania, na które już nie odpowiemy...

CZYTAJ RÓWNIEŻ:

Materiał oryginalny: Zielonogórzanin zabił swojego 2-letniego synka i cztery inne osoby. Ze szczegółami opowiedział jak dokonał najstraszliwszej zbrodni - Zielona Góra Nasze Miasto

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie